Małgorzata Ciechanowska-Florczyk

Bój się i rób – Małgorzata Ciechanowska-Florczyk- prezes Zarządu Stowarzyszenia „Widzących więcej” w Mogilnie.

Komentując kampanię z bilbordów „Gdzie są te dzieci”, napisała Pani niejako odpowiadając autorom pytania, m.in. tak – Szukają drugiego etatu, bo z jednego ciężko samemu wynająć mieszkanie, próbują pozwolić sobie na terapię, która w naszym kraju jest pieprzonym przywilejem i wypłakują się same, pod prysznicem a później zmęczone idą spać. Do czego zatem powinno się przygotować dzisiaj dzieci, jak je wychować, aby życia nie było dla nich tak trudne?

– Na pewno podstawą do tego, abyśmy mogli później rozmawiać o osobach szczęśliwych w swoim własnym ciele, trzeba nauczenia ich, że przekraczanie granic powinno być karane i że z takich relacji trzeba się wycofywać. Bo te granice są niszczone na każdym etapie, także w pracy zawodowej. I wtedy przychodzi wypalenie zawodowe, L4, konieczność pomocy psychologów i psychiatrów. A terapia w tym kraju jest droga, jest przywilejem. W konsekwencji takie osoby spadają w rankingu pracowników. Aby się utrzymać, muszą pracować na dwóch słabo płatnych etatach. Sprawa jest oczywiście bardziej złożona. Gdybyśmy jednak pokazali już dzieciom, jak można siebie samego kochać, to byłoby zupełnie inaczej. Nie zawsze można to dostać w domu, bo rodziny bywają dysfunkcyjne, nawet gdy nie są przemocowe, to istnieją w nich rozmaite zaburzenia. Mogłyby to dostać w szkole, ale wiadomo jakie są nasze szkoły.

Przekraczanie jakich granic ma Pani na myśli?

–  Chodzi o granice w relacjach. Poniżanie, agresja słowna, przemoc w białych rękawiczkach. To czasem widać w rozmowach – tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że ktoś przekracza nasze granice, że słowa – „O! Jak ładnie wyglądasz- nie poznałem Cię.” traktujemy jako komplement, a  -„Jeśli Cię to uraziło, to przepraszam” jako skruchę. Wielu moich podopiecznych to spotyka. Na warsztatach próbujemy sobie z tym poradzić, to taka baza wyjściowa do dalszej pracy z nimi.

Już więc wiemy, że stowarzyszenie organizuje warsztaty, czym jeszcze się zajmujecie?

– Zajmujemy się osobami dorosłymi, które pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych i nikt o nich, gdy byli dziećmi czy nastolatkami, nie zadbał. Mieli zaspokojone podstawowe potrzeby, a w dorosłość zostali wysłani z brakami emocjonalnymi.

Skąd pomysł na tego typu działania?

– Sama pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej. Wiem czego szukałam jako młoda kobieta i czego nie mogłam znaleźć. Postanowiłam więc po przepracowaniu tego wszystkiego co mnie spotykało, stworzyć miejsce dla innych podobnych do mnie osób. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Jest wielu ludzi dorosłych, którzy szukają u nas pomocy. Praca nad pokochaniem siebie jest trudna, ale da się to zrobić.

Dziś macie już kilka oddziałów, ale początek był w Mogilnie.

– Pierwsze działania prowadziliśmy w okolicach Inowrocławia i Bydgoszczy. Rozsialiśmy się po wsiach i miasteczkach Kujawsko -Pomorskiego tworząc kameralne grupy i prowadząc warsztaty umiejętności miękkich. Dziś pracujemy już w skali ogólnopolskiej i oprócz warsztatów terapeutycznych, mamy też konsultacje psychologiczne, psychoterapię uzależnień. Rozbudowaliśmy zakres opieki.

Trzeba było chyba dużo wysiłku organizacyjnego, aby stworzyć taką sieć pomocy?

–  Musieliśmy stworzyć procedurę przyjmowania podopiecznych. Teraz dzieje się to za pośrednictwem formularza. Sprawdzamy, czy można się z nimi spotykać stacjonarnie, jeśli nie to proponujemy pomoc zdalną. W Polsce jesteśmy jedyną organizacją pomagającą takim osobom, na taką skalę. Tych lokalnych organizacji jest też mało, więc na brak podopiecznych nie narzekamy. Niestety. To nie jest nic dobrego, że jest ich aż tylu, ponieważ świadczy o skali problemu. I pewnie będą kolejni, choćby jako skutek zamknięcia w domach w czasie  pandemii.

Bezkompromisowość, odwaga, cierpliwość – które cechy pomagają osiągnąć założony cel?

– Cierpliwość. Trzeba nastawić się na oczekiwanie efektów, które nie pojawią się od razu. Jest taka zasada – żeby dojść do celu, potrzeba średniego poziomu zaangażowania i motywacji. Wtedy można stabilnie iść do przodu. Cierpliwość daje nam czas, abyśmy mogli się czegoś nauczyć, zdążyli wybaczyć błędy, które popełniliśmy po drodze .

Czuje Pani, że osiągnęła sukces?

– Jeszcze nie. Myślę, że ciężko mówić o sukcesie, że już się go osiągnęło. To jest trochę jak z gonieniem króliczka. Kiedy już myślimy, że go mamy, to dorzucamy coś, co możemy poprawić i… znów biegniemy.

Kilka oddziałów w kraju stowarzyszenia to chyba jednak jest sukces?

– Jest to osiągnięcie jednego z celów w drodze do tego najważniejszego. Chcielibyśmy stworzyć ośrodki wsparcia dla osób, które doświadczyły krzywdy we własnym domu. I dotrzeć z edukacją do naprawdę małych miejscowości. Pomóc kobietom, które są  tam w przemocowej rodzinie, bo do nich trudno dotrzeć i im do nas również. Może wtedy powiem, że to jest sukces?

Czy trzeba było wielu poświęceń, aby znalazła się Pani w miejscu, w którym jest teraz?

-To co teraz funkcjonuje, osiągnęłam w trzy lata, więc czas bardzo krótki. Na pewno poświęciłam bieżące leczenie swojego zdrowia. Wydawało mi się, że jestem młoda wytrzymam, ale dziś muszę już o zdrowie zadbać. Straciłam też wiele znajomości, bo praca zajmowała prawie całą dobę. To był już pracoholizm. Warto jednak podążać za swoimi zasadami.

Na czyje wsparcie mogła Pani liczyć?

– Cały czas mogłam liczyć na mojego męża. Gdy ja nie mogłam się przebić próbując coś załatwić, on chwytał za telefon. Niestety odczułam na własnej skórze,  że gdy w słuchawce słyszano mój głos, głos kobiety, zbywano mnie lub jakaś usługa była droższa. Gdy dzwonił mój mąż okazywało się, że da się i  można załatwić coś taniej. Kobiety jednak mają trudniej w takiej działalności. Mam wrażenie, że musimy uwypuklać swoje cechy, żeby być dostrzeżoną.

Pani życiowe motto to?

– Bój się i rób. Często się boję, ale działam.

Rozmawiała: Ewa Lewandowska

wszystkie kobiety ekonomii społecznej